piątek, 28 lutego 2014

I Rozdział - Budzę się...

Budzę się, ocieram oczy i widzę swój ciasny pokój. Wstaję i idę do szafy po ubrania. Z dołu słyszę głos taty wołającego mnie po imieniu, nie znoszę swojego imienia... W jego głosie słychać tylko złość, pewnie moje młodsze rodzeństwo już zdołało go zdenerwować, ale mimo to to do nich odnosi się miło. Biorę swoje rzeczy i ubieram się w łazience, rozpuszczam moje rude włosy, zabieram plecak i wychodzę z domu, bez pożegnania.
-Finch! - woła za mną ojciec - dzisiaj po szkole widzę Cię w sklepie.
Pracuję w sklepie ojca, sprzedaje tam różne rośliny, przez co czasu wolnego nie mam prawie wcale, kiedy już tam siedzę, a nie ma klientów to przeważnie się uczę, może nie uczę się tak świetnie, ale dużo osób, oczywiście prócz mojego ojca, który w niczym mnie nie docenia, jestem bardzo inteligenta. I taka chcę być.
-Oczywiście. - odpowiadam
Idę dalej. Po drodze dużo myślę, zresztą jak cały czas... Za parę dni, dożynki, ten dzień w którym wybierają dwójkę dzieci z każdego Dystryktu, którzy muszą zginąć, no oczywiście prócz tego jednego, które jakimś przeżyje i wygra. 'Świetne' święto, nie ma to jak zabijać dzieci dla uciechy Kapitolu i tamtejszych mieszkańców. Oczywiście o tym mogę tylko myśleć, bo po powiedzeniu takiego czegoś miałabym zagwarantowany udział w Igrzyskach... Przed innymi udaję, że się nie boję, a na prawdę jest zupełnie inaczej... ale jakbym została wylosowana to wiem, że nie zabiłabym nikogo, ponieważ w zabijaniu nie ma sensu, nie odważyłabym się na zabicie i życie w wyrzutach sumienia... zresztą i tak bym nie przeżyła. Mimo to staram się myśleć pozytywnie, w końcu jaka jest szansa, że to akurat mnie wylosują? Pewnie każdy, kto bierze udział w dożynkach tak myśli, no ale... Nagle wpadam na moją koleżankę - Eris, jedyną koleżankę, bo nie za dobrze idzie mi w nawiązywaniu przyjaźni i tak dalej, wyrywa mnie ona z zamyślenia, po drodze napotykamy jeszcze Charliego. Jest on przyjacielem Eris, a co ja do niego czuję, sama już nie wiem... Razem idziemy na lekcje, które kończą się po pięciu godzinach. Idę od razu do sklepu, tam spotykam mojego tatę.
-O Finch już jesteś - mówi z udawanym uśmiechem - słuchaj muszę na chwilę wyjść, zajmij się sklepem dobrze?
'A mam inne wyjście?' - pomyślałam, ale odpowiedziałam tylko 'Dobrze'... Za chwilę do sklepu przyszedł chłopak, którego kojarzę ze szkoły, na imię miał Mark, nie znam go dobrze, ale pamiętam, że jest jednym z bogatszych mieszkańców piątego dystryktu...
-O cześć - mówi miło, wpatrując się we mnie
-Hej - odpowiadam
W sumie często tu przychodzi, w sumie to codziennie i kupuje różne rośliny jadalne, mimo wszystko zastanawiam się czemu, przecież stać go na lepszą żywność, zresztą kupuje je w bardzo małych ilościach, no ale cóż, powinnam się cieszyć, że w ogóle ktoś przychodzi i mamy z czego żyć. Wybiera on parę roślin, podchodzi do lady i płaci, a potem żegna się z uśmiechem, cały czas dziwnie się we mnie wpatrując, ja nie mam na to ochoty, dlatego odwzajemniam to tylko lekkim, udawanym uśmiechem...
Wieczorem po powrocie do domu, zjadam coś, bardzo mało, bo dla mieszkańców dystryktów nie ma zbyt dużo jedzenia.
Już prawie zasypiam, kiedy nagle budzi mnie krzyk... dziecka.

4 komentarze:

  1. Dość fajnie piszesz, ale trochę za dużo wielokropków, głupio sie troche czyta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapowiada się dobrze :D
    Zajrzę tu jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieje że dalszy ciąg szybo się pojawi :>

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo ciekawie piszesz :) mam nadzieję, że następny rozdział niebawem, będę tu zaglądać :)
    jeżeli masz ochotę i czas to zapraszam do mnie: www.naekranachwpanem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń